IndeksIndeks  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:54 pm

Głupio mi się przyznać, ale jego wsparcie dużo mi daje. Dużo dla mnie znaczy. Z jednej strony nie chcę wyjść przy nim na słabeusza, w czym pomaga mi fakt, że zawsze dobrze znosiłem ból. Z drugiej strony nie jestem tu sam. Nie muszę doczołgiwać się, nie muszę rozmawiać z ludźmi, nie muszę krzesać z siebie niepotrzebnie siły, by o siebie zadbać. Bo czuję, że to on podjął się opieki nade mną, on postanowił, że jako jego podopieczny, potrzebuję pomocy. Tak mi się wydaje. Bo trzyma mnie przy sobie blisko, prowadzi do szpitala, sadza przy sobie. Cały czas jest obok, a ja pozwalam sobie polegać na wsparciu, które mi oferuje.


Jest moim wychowawcą, ja jestem jego uczniem. Może nie wyczuwam między nami teraz takiej relacji, ale poniekąd tak ona wygląda między murami szkoły. W tym momencie... Trudno określić mi, kim dla mnie jest. Nie ma między nami tego specyficznego spięcia, nie traktuje mnie jak niechcianego wychowanka. W innym wypadku - przecież by go tu nie było. Nie znam go jednak, nie wiem, czy zaczyna mnie lubić, czy zżerałoby go sumienie, gdyby nie wyciągnął do mnie ręki, czy też zwyczajnie uważa to za swój obowiązek nawet, jeśli nie pała do mnie sympatią.


Wzdycham, przecieram twarz dłońmi, siedząc nieco pochylony na krześle, na którym mnie usadził. Nie powinienem próbować analizować tego, co robi. Jaki jest w tym cel? Jest moim wychowawcą, miałem ograniczyć kontakt z nim do minimum, a nie zastanawiać się, czy on mnie lubi.


Jest jednak miękki. Zupełnie inny niż wtedy, gdy dostawałem reprymendę za wagary. Jakiś taki ciepły. Albo ja chcę go takim widzieć, bo tego teraz potrzebuję. Swego rodzaju wsparcia, które udzieliłem kotu, a które mogłoby zostać udzielone mnie. Pozwalam sobie zerknąć na niego, gdy po chwili siedzenia przy mnie, teraz stoi i rozmawia z lekarzem, załatwiając mi wizytę. Ślizgam wzrokiem po jego wysokiej, smukłej sylwetce, po długich nogach schowanych w trzymane przez szelki, ciemnych spodniach, nieco pogniecionej, wsuniętej w nie niedbale koszuli, podwinięte rękawy na rękach, którymi nieznacznie gestykuluje, zapewne wyjaśniając mężczyźnie w kitlu, o co chodzi, bo w pewnym momencie wskazuje na mnie, a spojrzenie tamtego ląduje na mojej osobie. Kłaniam mu się wtedy nieznacznie, choć wciąż na siedząco, bo wolę nie nadwyrężać nogi nagłym wstawaniem, a wierzę, że Ivers sam wszystko załatwi.


Kiedy tak patrzę na niego z boku, odsuwając wszystkie poprzednie dni naszej znajomości, a skupiając się jedynie na tym, jaki jest dzisiaj, jestem skłonny stwierdzić, że wzbudza we mnie poczucie bezpieczeństwa. I coś dziwnego, czego jeszcze nie umiem nazwać. W tym samym też momencie zdaję sobie sprawę, jak samotny jestem w Japonii, kiedy jedyną osobą gotową mi pomóc, jest mój wychowawca. Uśmiecham się głupio pod nosem, nagle żałując, że nie pojechałem na przerwę zimową do Chin. Do ojca. Do mamy.


Przecieram twarz dłońmi znów, gdy nauczyciel siada z powrotem obok mnie. Mamy czekać na swoją kolej, więc siedzę spokojnie, choć szczerze chciałbym już stąd wyjść, wrócić do akademika i modlić się, by nie było w pokoju Ariela. Nie mam jakoś ochoty na jego towarzystwo.


Czuję na sobie jego spojrzenie, choć ja swojego nie podnoszę, siedzimy w ciszy jakiś czas. Wpatruję się w swoje dłonie, poobijane, obdarte. Odwracam prawą tak, by widzieć jej wewnętrzną stronę. Przecieram kciukiem lewej tatuaż. Zaciskam zęby, mięśnie szczęki drgają. Wypuszczam powietrze ze świstem, gdy wstaje, spoglądam na niego, na jego wyciągniętą w moim kierunku dłoń. Waham się chwilę, ale chwytam ją, pozwalam mu przytrzymać się przy sobie, opieram się o niego. I idę z nim do gabinetu lekarza, który ma się mną zająć.


Siadam tam na fotelu, mężczyzna wypełnia swoje papierki, zadając mi pytania, na które odpowiadam powoli, choć mrukliwie.


Nie lubię szpitali...

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:54 pm

Jestem tu z nim. Czuję spoczywający na mnie ciężar odpowiedzialności. Czuję siłę, która popycha mnie w stronę lekarza, która oplata moje ramię wokół jego szczupłego ciała, siłę, która skłania mnie do rozmowy, do tłumaczenia wszystkiego i załatwiania, do pozwalania mu na spokojne, ciche, skulone trwanie przy mnie. Na miękką, przestraszoną obecność, która nagle stała się dla mnie widoczna. Białe, sterylne ściany, na których wiszą plakaty promujące zdrowy tryb życia, częste badania, rzucanie nałogów i mleka w proszku dla niemowląt, polecane przez ośmiu na dziesięciu pediatrów, zdają się przytłaczać go i krępować, zdają się wprawiać go w lekką, ale uwierającą panikę, której nie daje po sobie poznać, ale ona gdzieś tam jest, gdzieś tam się czai. Bo czuję ją ja, kiedy ruszam z nim do gabinetu i odruchowo przyciskam go do siebie mocniej, kiedy przekraczamy próg pomieszczenia. To taki naturalny gest - obcy mi, a jednocześnie wyuczony, podświadomie zwyczajny. Troska, którą teraz we mnie wzbudza emanuje z miejsc, w których nasze ciała się stykają, do każdej komórki mojego organizmu.


Technik znużonym głosem wygłasza regułkę, każe pozbyć się metalowych części ubrania, zdjąć spodnie, sam zajmuje się ustawieniem aparatury. Jest bardzo apatyczny, rzeczowy, zachowuje się tak, jakby nas tu nie było, ale nie przeszkadza mi to. Stoję pół niewielkiego kroku od Wolfganga, a kiedy opada na zielone, płaskie szpitalne siedzenie, przenoszę wzrok na jego dłonie, które usiłują zsunąć nogawkę z bolącej nogi. Kucam, nie obdarzywszy jego twarzy spojrzeniem i pomagam mu z tym, widząc, że nie może jej zdjąć. Wszystko trwa nagle bardzo wolno, bardzo cicho i bardzo niezręcznie. Czuję rozmydlony wzrok niemrawego technika, który wyraźnie się niecierpliwi, ale mimo wszystko zachowuję spokój. Mam wrażenie, ze teraz mój spokój jest podstawą dla jego spokoju i jeśli zacznę się denerwować, on również straci nad sobą panowanie...


Nienawidzę szpitali. Czekania, kiwania głową, cmokania ustami lekarza, który analizuje zdjęcia jego nogi. Mówię niewiele, wydając tylko krótkie komendy i urywane dźwięki. "Chodź", "złap", "trzymaj się mnie", "boli?". Nie mówię nic więcej, ale nie czuję potrzeby. Zimna i drażniąca atmosfera szpitala zdaje się nie wnikać pomiędzy nas, jakby nas obu tak samo drażniła, tak samo dotykała, przyciskała jeszcze bliżej do siebie. Stoję za krzesełkiem, na którym go posadzono, dłoń trzymam na niego ramieniu i przesuwam wzrokiem od jego karku do lekarza, który ogląda zdjęcia dłużej, niż powinien - irytująco długo.


Pęknięta, niegroźnie, zrośnie się w przeciągu miesiąca. Krzywię się, kiedy konowalskie dłonie coś sobie notują, krzywię się, kiedy mówi takim bagatelizującym tonem. Znów czuję nieprzyjemny ciężar czasu, kiedy wszystko trwa zbyt długo i nikt się nie spieszy. Jestem cierpliwy, ale teraz dodatkowo czuję jego niechęć, jego zmęczenie i stres, jego rozdrażnienie, które wzrasta z każdą chwilą. Moja dłoń zaciska się delikatnie na jego ramieniu, to bardzo niewidoczny gest, a jednak wyczuwalny. Sugestywny. Przypominający mu, że jestem obok. Trwam tak przy nim niezmiennie, wytrwale cały czas. Nie wychodzę, kiedy zakładają mu gips, chociaż zabiłbym za papierosa.


Czuję jego ulgę, kiedy wychodzimy, swojej nie. Nie przynosi mi jej zimne, wieczorne powietrze. Rozluźnienie pojawia się dopiero, kiedy otwieram przed nim drzwi do samochodu i pomagam wsiąść. Biorę głęboki oddech, prostuję się, czując, jaki do tej pory byłem zgarbiony. Przechodząc na swoją stronę auta, widzę, jak w jego ramionach momentalnie znajduje się małe, kocie zawiniątko, które delikatnie się porusza, wierci. Zwierzak musiał się obudzić, kiedy nas nie było. Wsiadam i przez moment się nie ruszam. Słyszę ciche miauknięcia, żałosne i piskliwe, kiedy bestia kręci się przy nim, szuka sobie wygodnego miejsca i ciepła w jego uścisku. Nie zaczynam tematu akademika. Nie chcę jeszcze mówić o kocie, nie teraz, kiedy dostał go w ręce i cały drży z dziecinnej ekscytacji, zapominając o bólu nogi, o gipsie, który przez miesiąc będzie ciągnął go do podłogi...

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:54 pm

Nie powiem, żeby widok kucającego przy mnie mężczyzny był dla mnie komfortowy. Przełykam ślinę z trudem, bo kiedy już doszedłem do wniosku, że podczas tego spotkania przestałem postrzegać go jako nauczyciela - co zapewne zmieni się jutro, gdy zobaczę go na szkolnym korytarzu - to teraz również jako mężczyzna przy mnie kuca. Pozwalam mu pomóc mi, z racji, że faktycznie tej pomocy potrzebuję. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że czuję się speszony. Skrępowany. W momencie, w którym przestałem patrzeć na niego jak na pedagoga, dostrzegłem w nim ciepłego, przystojnego człowieka. Bardzo przystojnego.


Ale to tylko dzisiaj. Te myśli trzymają się mnie tylko podczas tego jednego spotkania, a gdy tylko znów zawitam w naszym gabinecie, gdy znów nadejdzie czas fizyki, szkolnych obowiązków - to wszystko pryśnie, a ta sytuacja stanie się zwykłym, zamglonym wspomnieniem.


...Prawda?


Przez cały czas trwania wizyty, badania mi nogi, zakładania gipsu, po mojej głowie krąży tylko na zmianę "szybciej", "niech to się skończy", "chcę już wyjść", lecz jak na złość, wszystko dłuży się niemiłosiernie, a jedyne, co pozwala mi zachować spokój, opanowanie, hamuje przed popadnięciem w szał, w furię, w zwykłe wyjście i stwierdzenie, że mam to gdzieś, jest fakt, że on jest obok. A mógł zostać na zewnątrz. Ba! Mógł mnie zwyczajnie tu zostawić i pojechać do domu, odpocząć. A jednak trwa przy mnie, jakby trzymając moje emocje w ryzach. Co mi pomaga. I za to jestem mu cholernie wdzięczny.


Kiedy w końcu możemy stamtąd wyjść - mam ochotę wybiec. I gdyby była to inna część ciała niż noga, zapewne zrobiłbym to, chcąc się ewakuować jak najszybciej. Zamiast tego wychodzę o kulach, w tempie takim, a nie innym. To nie pierwszy raz, gdy z nich korzystam, miewałem już kontuzje czy złamania, nic jednak poważnego na tyle, bym nie mógł dalej grać. I na szczęście, tym razem również miałem farta. Czy zgodnie z przysłowiem, wychodzi na to, że jestem głupcem?


Chłodne powietrze z jednej strony jest kojące, kiedy świeżość zdziera ze mnie szpitalny zapach, którym przepełnione były moje nozdrza i płuca. Z drugiej strony drżę, gdy zimno targa moim ciałem, a ja mam na sobie jedynie cienką koszulę. Gdybym wiedział, że mój pobyt na zewnątrz tak się przedłuży, pewnie wziąłbym ze sobą jakąś bluzę.


Wsiadam do środka. Niezgrabnie, przy okazji omal nie uderzając się głową o dach auta. W jednej chwili jednak zapominam o wszystkim, co tak mi doskwierało do tej pory. O szpitalu. O nodze. O tym dziwnym skrępowaniu, gdy Ivers przy mnie kucał. Bo moja mała, słodka kuleczka już się obudziła i wygląda o wiele lepiej. Na moją twarz od razu wkrada się szeroki uśmiech, gdy kotek ląduje w moich objęciach, pozwalając się głaskać i ciekawsko tuptając po moich udach. I gdy tak na niego patrzę, stwierdzam, że zdecydowanie było warto. Chociażby dla tego pomruku, tych miauknięć, którymi właśnie mnie obdarza.


Nie orientuję się nawet, że ruszamy dopiero po jakimś czasie, choć zdecydowanie rozluźniam się jeszcze bardziej, gdy w końcu opuszczamy szpitalny parking...



[z/t] x2
Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:55 pm

Kawiarnia

Nie myślę zbyt wiele, jadąc z nim, jak mi się wydaje - w stronę szkoły. Dopiero jakimś czasie zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy już w pobliżu Kakougan, że podświadomie nie pozwoliłem sobie go tam zabrać, ze świadomością, że jakoś delikatnie muszę z nim porozmawiać o tym zwierzątku. Nie pozwolą mu go trzymać w akademiku i wiem, że jeśli znajdzie go tam ktoś inny niż ja, może się okazać mniej wyrozumiały i kociak skończy w schronisku. Ktoś inny może się okazać o wiele mniej wrażliwy na jego smutek, na jego uczucia niż ja. Ktoś inny może nawet nie chcieć go wysłuchać, a mam wrażenie, ze z jakiegoś dziwnego powodu obwiniałbym siebie, gdyby teraz coś stało się z tym futrzakiem i jego właścicielem.


Spoglądam na niego co jakiś czas. Wydaje mi się, że on, zatopiony gdzieś już w świecie odpoczynku, oderwania myśli od rzeczywistości, w świecie miękkiego, samochodowego obicia, ogrzewania i światła latarni miejskich, które co chwilę przesuwają się po jego twarzy, nie zwraca wcale uwagi na to, gdzie jedziemy i w jakim celu. Powoli głaszcze kota, który uspokojony spoczywa w jego ramionach, a jego wzrok wbity jest w miękkie futerko i tylko co jakiś czas spogląda na miasto za szybą. Wiem, ze patrzy też na mnie, ale tylko wtedy, kiedy ja odwracam wzrok. Nie chce, żebym widział.


Dużo się dziś wydarzyło. Mam wrażenie, że w jakiś nieokreślony sposób zmieniło się moje podejście do niego i sam nie wiem, dlaczego. W sumie nie stało się nic, co mogło być powodem. Po prostu widziałem go słabego, był oparty na mnie, był przyciśnięty do mnie przez przytłaczającą atmosferę tego, co go dzisiaj spotkało.


Zatrzymuję auto pod kawiarnią i wyjmuję papierosy z kieszeni. Zapalam jednego, chociaż zapalniczka drażniąco długo nie chce załapać płomienia. Zaciągam się. Dopiero kiedy pierwszy obłok dymu opuszcza moje drogi oddechowe, ja spoglądam na niego i obejmuję go wzrokiem zmęczonym, ale ciepłym, bardzo spokojnym. Pewnie widzi, że coś mnie dręczy, ale chyba nie sposób powiedzieć, co. Ja sam nie do końca to wiem.


- Chodź - mówię cicho, ale wyraźnie, bardzo stanowczo. - Napijesz się herbaty...

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:56 pm

Droga umyka mi gdzieś, kiedy ja faktycznie jestem zbyt mocno przejęty kotem. Staram się też na siłę wyprzeć nim z mojej głowy nauczyciela, który siedzi na kierownicą. Nie wiem, co będzie teraz. Ze mną. Z kotem. Nawet gdybym schował go w pokoju, Ivers i tak by wiedział, że go mam, bo na pewno nie nabrałby się na to, że po tym wszystkim tak po prostu oddałem kota. Spoglądam na niego co chwilę, jakby chcąc spostrzec, wyczytać z jego twarzy, z jego profilu, mimiki - stosunek do całej tej sytuacji. Nie za bardzo ma mi już jak pomóc. Wątpię, że kryłby mnie, że trzymam w akademiku zwierzę. Nawet, jeśli tak grzeczne i urocze. Wzdycham, nieustannie głaszcząc kocie futerko za zdrowym uszkiem, nie chcąc ruszać okolic uciętego, bojąc się, że może go to zaboleć. Odsuwam od siebie myśl o nadaniu mu imienia, bo wiem, że wtedy już całkowicie nie umiałbym się rozstać z kociątkiem.


Z zamyślenia wyrywam się dopiero wtedy, gdy Ivers parkuje. Zerkam za szybę, by wiedzieć, gdzie mnie zabrał i unoszę brwi, zaskoczony, bo nie jest to akademik. Kawiarnia? Zabrał mnie do kawiarni? Ale... Dlaczego?
Przenoszę spojrzenie na niego. Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale jego widok, gdy próbuje odpalić zapalniczkę, gdy przykłada wywalczony płomień do papierosa, zaciąga się... Jakoś sprawia, że nie mam odwagi wydusić z siebie słowa. Przyglądam mu się jedynie niemo, z delikatnie rozchylonymi ustami, łapiąc się kolejny raz na tym, że myślę o nim jako o przystojnym mężczyźnie. Mężczyźnie, którego coś dręczy. Marszczę brwi, jednak wciąż nie mówię nic. Nie sądzę, że wypada mi spytać, czy wszystko w porządku, mogłoby być to zbyt poufałe, choć patrząc na to wszystko, co dziś dla mnie zrobił, chyba mam prawo okazać mu trochę zainteresowania, zmartwienia jego osobą, które poniekąd we mnie wzbudza. Bo mam dziwne wrażenie, że to przeze mnie jest taki. Przygryzam wargę.


Na jego słowa mrugam. Nie rozumiem jego zachowania. Mógłby już spokojnie odstawić mnie do akademika, nawet, jeśli pora jest późna. Jest nauczycielem, gdyby mnie odprowadził, zostałbym wpuszczony. Tak sądzę. Po co więc przeciąga te spotkanie, proponując mi herbaty? Odwracam wzrok, trochę zmieszany i zatrzymuję je na zwierzątku.


- Ale... Co z kotem? Nie mogę go chyba tam ze sobą wziąć, prawda...? - pytam powoli, znów starając się mówić wyraźnie, zrozumiale.

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:56 pm

Spoglądam na niego i przez moment się nie odzywam. Sam nie wiem, w jakim celu. Obserwuję jego wargi, kiedy stara się mówić wyraźnie, chociaż w jego głosie wciąż słyszę takie miękkie zaciągi, a nawet mi, osobie, której japoński nie jest językiem ojczystym, udaje się wyłapać kilka potknięć. Nie sprawia to, że mam ochotę z niego drwić czy, że czuję się lepszy. Wręcz przeciwnie. Kiedy patrzę, jak wytęża swoją siłę by mówić do mnie spokojnie, a jednocześnie uspokaja drżące nieco dłonie, wsuwając je w miękkie, pstrokate futerko, odczuwam coś na wzór spokoju, relaksu. Nie umiem się unieść, kiedy całe zdenerwowanie i skupienie krąży wokół niego.


Kiwam tylko lekko głową na uspokojenie, chociaż wciąż nic mu nie odpowiadam. Ale nie jest już tak jak wtedy. Teraz cisza wcale mi nie przeszkadza, nie sprawia, że zaczynam się wściekać, miotać chaotycznie po swoich myślach i uczuciach. Teraz jest już dobrze, jakbym się wyciszył i dostrzegł to samo u niego albo wymusił na nim spokój.


- Nie martw się... - mrukam głosem zachrypniętym od gorącego dymu, który jeszcze wypełnia moją krtań, a przy każdym słowie opuszcza moje usta i gęstą chmurą kumuluje się pod przednią szybą samochodu. - Możesz go wziąć ze sobą... Jeśli ktoś zwróci nam uwagę, zajmę się tym.


To powiedziawszy, wysiadam z samochodu, chociaż z dziwnym trudem przychodzi mi oderwanie wzroku od jego oczu, które wyraźnie uspokoiły się na dźwięk moich słów. Ja sam również się uspokoiłem, bo kiedy je wypowiedziałem, zdałem sobie sprawę, że to prawda. Że będę w stanie go uspokoić, ochronić, zająć się nim. Podchodzę do samochodu z jego strony i otwieram drzwi, żeby pomóc mu wysiąść. Moja dłoń oplata ciasno jego przedramię, a kiedy już się na mnie opiera, obejmuję go delikatnie w pasie i prowadzę do wejścia.


Jest cicho i pusto, z tabliczki na drzwiach wynika, że zamykają za pół godziny. W środku unosi się gorący, gęsty zapach kawy i karmelu, jest już ciemno, a młoda dziewczyna w czarnym fartuszku wyciera stoliki. Jest wyraźnie zdziwione, że ktoś przyszedł o tej porze i właśnie z takim zdziwieniem podchodzi do nas, kiedy zajmujemy stolik przy kanapie rogowej. Nie pytam go o to, co chciałby wypić, tylko proszę drobną Azjatkę o duży kubek kakao z bitą śmietaną. Dla siebie nie biorę nic. Ona dyga lekko, rzucając przeciągłe spojrzenie na kotka, jakby chciała zagadać, zaczepić, może nawet powiedzieć, że nie wolno przebywać tutaj ze zwierzętami, ale szuka pozwolenia na ten komentarz w moim spojrzeniu i nie znajduje go tam. Odchodzi...

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:56 pm

Po moich ustach błądzi nieznaczny, delikatny uśmiech, gdy Ivers oznajmia mi, że mogę wziąć ze sobą kota. Z jednej strony lepiej by było, gdyby już teraz kazał mi go wypuścić na wolność albo oddać do schroniska, bym nie zdążył się przywiązać jeszcze bardziej. A prawda jest taka, że z sekundy na sekundy zakochuję się w tej kulce futra jeszcze bardziej. Z drugiej jednak, nie ogarnia mnie już lęk, że zwierzak zostanie mi odebrany. Nie wiem, dlaczego, ale takie myśli nie goszczą w mojej głowie, nie zaprzątają jej, nie psują humoru, nie martwią. Zupełnie, jakbym zaufał, że się tym zajmie, choć nie mam najmniejszej pewności, że tak będzie.


Z jego pomocą udaje mi się wysiąść z auta. Trzymam się go, wczepiając szczupłe palce w szarą koszulę, którą ma na sobie, a którą nieco mu w ten sposób gniotę. Nie sądzę, by się w tym momencie akurat tym przejmował, bo czuję jedynie, jak jego uścisk przybiera na mocy, jak pewnie trzyma mnie przy sobie, tym samym umożliwiając mi niesienie kotka, który - na moje szczęście - albo jest jeszcze zaspany, przez co się nie wierci, albo ogólnie jest bardzo grzecznym futrzakiem.


Gdy wchodzimy do kawiarni, odruchowo mam ochotę zgiąć się w pół, by ukłonem przywitać kręcącą się kelnerkę tak, jak nauczyła mnie tego mama, kiedy byłem jeszcze małym brzdącem. Problemem jest moja noga, zwierzątko i trzymający mnie nauczyciel, co kończy się kiwnięciem głową i trochę bełkotliwym "Dobry wieczór." Syczę, źle stanąwszy w drodze na kanapę, przez co palce zaciskają się na materiale mocniej, ale zaraz po tym z ulgą opadam na miękkie obicie mebla. Co do napoju, domyślam się, że zamówił go dla mnie. Nie wydaje się osobą, która pija kakao, choć to dość śmiałe posunięcie z jego strony. No bo, hej. Wywiózł mnie tu, zamówił mi, co chciał i zupełnie rozstawia mnie po kątach. I choć bije od tego poniekąd sporo troski, to wciąż widać, że jest tym samym nauczycielem fizyki, z którym mam do czynienia trzeci rok z rzędu.


Kotek, troszkę już rozruszany, opiera się łapkami na moim torsie, wyciąga się, choć wciąż jest strasznie mały, a przez to wydaje się jeszcze chudszy, niż normalnie. Pochylam się nad nim delikatnie, uśmiechając się rozczulony. Przymykam oko, gdy zwierzak noskiem i wąsikami łaskocze mój policzek, jakby dawał mi buziaka w podzięce za uratowanie przed tamtymi frajerami. Parskam cichym śmiechem na ten gest, co widocznie futrzaka dezorientuje i gdyby nie fakt, że go trzymam, pewnie zleciałby mi z kolan. Głaszczę go po główce, uważając na uszko, a kiedy kelnerka przynosi kakao, a Ivers przysuwa je w moją stronę, kłaniam się delikatnie.


- Dziękuję... - i łyżeczką zbieram nieco bitej śmietany, by wsunąć ją do ust.


Szczerze powiedziawszy, nigdy wcześniej nie byłem z nauczycielem w kawiarni. I trochę nie za bardzo wiem, jak powinienem się zachować, dlatego siedzę cokolwiek spięty, popijając co chwilę słodycz i głaszcząc tę drugą, która mruczy mi przy buzi, jakby chcąc też dostać trochę czekolady.

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Sob Lis 07, 2015 11:56 pm

Przyglądam mu się, siedząc z dłońmi złożonymi na chłodnym blacie. Przez moment mój wzrok tkwi zawieszony na metalowym stojaczku na serwetki. Nie mrugam, słuchając, jak postukuje łyżeczką o brzeg kubka i jak kot wydaje szeleszczące dźwięki, kiedy się przy nim kręci. Jest już ciemno, a na ulicy za oknem świecą już pomarańczowym blaskiem latarnie. Zerkam w okno, słysząc, że w szybę uderza pojedyncza kropelka deszczu i z zainteresowaniem wyczekuję, kiedy po tafli szkła spłyną kolejne, rozpoczynają ulewę. Trochę mnie to rozluźnia, taka deszczowa pogoda. Miarowy stukot kropel na parapetach i chodnikach, zapach czekolady, unoszący się z kubka, stojącego po drugiej stronie blatu i dłonie powoli rozgrzewające się od ciepła, panującego w drewnianym, herbacianym wnętrzu kawiarni.

Myślami nie wędruję specjalnie daleko, bo tylko na drugą stronę stolika, na drugą stronę kanapy, obok chłopaka, który tam siedzi i w milczeniu popija ciepły napój. Zamówiłem mu czekoladę, chociaż może się wydawać, że to taki dziecinny napój, chwilowa przyjemność dla małych dzieci, osób młodszych od niego, ale poczułem, że przyda mu się taka infantylna pieszczota z bitą śmietaną i kakaowymi wiórkami na wierzchu. Czuję jego spokój, chociaż nie wiem, do jakiego stopnia jest to moja zasługa, a do jakiego tego małego kocura, któremu poświęca tyle uwagi. Trochę się denerwuję podjęciem decyzji w sprawie zwierzątka, więc decyduję się na przedłużenie milczenia jeszcze kilka krótkich chwil. Jeszcze kilka minut, które mogę poświęcić na spojrzenie na niego, na jego dłonie, na twarz, usta przytulające się do białego, rozgrzanego brzegu kubka i nos, znikający w kłębku pary.

Wolfgang... – zaczynam chrypliwie, a potem odchrząkuję, żeby zdusić zwierzęce brzmienie swojego głosu.

To chyba pierwszy raz, kiedy zwracam się do niego po imieniu. Nie Lenzeheuer, nie hej Ty, a po prostu Wolfgang. Sam się na tym łapię, słysząc, jak obco to imię brzmi w moich ustach i spoglądam na jego twarz, ciekaw, czy również to zauważył, czy jemu też wyda się to zaskakujące. Doszukuję się jakichś emocji, nagle tak bardzo ich wyczekując, spodziewając się, że muszą się tam pojawić. Nie wiem, jakie, ale chcę ich. Mam wrażenie, że jeśli na to nie zareaguję, coś zmieni się w klimacie tego wnętrza, całego świata w tej krótkiej chwili.

Musimy zdecydować, co będzie teraz z kotem – odzywam się po krótkiej pauzie i czekam, aż spojrzy mi w oczy, jednak bynajmniej nie chcę go wystraszyć, czy zasmucić, a nawet tego nie chcę; obawiam się teraz jego zranienia. – Nie możesz zabrać go do akademika, bo jeśli ktoś go tam znajdzie, nie będzie już tak wyrozumiały, jak ja...

Odczuwam niepokój, obserwując go. Wiem, że go to boli. Widzę, jak moje słowa jeszcze bardziej zacieśniają więź ze zwierzątkiem. To na swój sposób niezwykłe, widzieć go takiego. Chłopaka, który do tej pory figurował w moim umyśle jako chodzący kłopot, jako wyprany z zaangażowania dzieciak, który czerpie przyjemność z bezsensownego poruszania się pod prąd. Zdaję sobie sprawę, że mogłem się mylić, chociaż nie mówię tego na głos. Przyznaję po cichu, przed samym sobą.

Mogę mieć rozwiązanie – zaczynam znów, chcąc go uspokoić i nie dać temu lękowi, który własnie zaczął szczypać jego ciało i mrowić go w podbrzuszu rozprzestrzenić się jeszcze bardziej. – Chociaż nie wiem, czy będziesz zadowolony.

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Nie Lis 08, 2015 12:21 pm

Przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele wraz z każdym kolejnym łykiem gorącego kakao, a dłonie ogrzewają się od temperatury kubka. Na ten moment, deszcz jakoś niespecjalnie mi przeszkadza. Wręcz przeciwnie, relaksuje mnie jeszcze bardziej, a kota na moich kolanach chyba uspokaja, nieco usypia. Jestem w kawiarni, jest przytulnie, bezpiecznie. Chłód z zewnątrz tu nie dociera, więc pewnie dlatego nie przejmuję się faktem, że mam na sobie jedynie bokserkę i koszulę, w których przemarznę, a jeszcze - nie daj Boże - przeziębię się. Będę się tym martwił dopiero, gdy będę musiał opuścić to miejsce. A póki nie muszę - jest dobrze. Być może, chcąc przedłużyć ten czas, mój z kotem, mój z nauczycielem, który w tym dniu jakby wcale nim dla mnie nie był, piję słodycz powoli. Rozkoszuję się nią, smakuję. Nie pozwalam sobie na takie wypady zbyt często, bo zwyczajnie szkoda mi pieniędzy. Zapomniałem już, ile przyjemności może sprawiać zwykłe siedzenie w kawiarni nad kubkiem gorącego kakao.


Z radia płynie cicho muzyka, która pozwala się rozluźnić jeszcze bardziej i nawet, jeśli ktoś nie lubi piosenki, która leci w danym momencie, nie zwraca na to uwagi, bo poziom głośności nie drażni. Nie rzuca się w uszy. Jest jakimiś tam dźwiękami, które wraz z ciepłem i zapachami owijają człowieka w przytulnym poczuciu bezpieczeństwa.


A potem pada to jedno słowo, będące zarazem moim imieniem. Niby nic niezwykłego, a jednak drgam na jego brzmienie, nie potrafiąc ukryć malującego się na mojej twarzy zaskoczenia. Ivers zwrócił się do mnie po imieniu. Nie nazwisku, nie jakoś tak bezosobowo. I choć słyszałem pełne "Wolfgang" zazwyczaj tylko wtedy, gdy coś przeskrobałem, gdy byłem mały, tak z jego ust to brzmi jakoś tak wyjątkowo miękko. Nawet zachrypnięte, takie dziwne. Nieprzyzwyczajone. I trochę mnie to peszy.


Nie na długo pozwalam sobie jednak na dezorientację i zaskoczenie, gdyż poruszenie tematu kota skutecznie ściąga mnie z powrotem na Ziemię. Chrząkam cicho. Obawiałem się tego tematu. Wiedziałem jednak, że ma nastąpić. Że w końcu zostanie przywołany i ściśnie mnie zarówno za żołądek, gardło jak i serce. Głaszczę uspokajająco kota, który chyba wyczuł moje zdenerwowanie, bo sam zaczął się niespokojnie wiercić. Kiwam głową, na znak, że rozumiem, że zdaję sobie sprawę z tego, że trzymanie zwierzaka w akademiku to ryzykowne posunięcie, choć zapewne, gdybym nie spotkał nauczyciela, wziąłbym kicię koniec końców właśnie tam. Teraz ktoś o nim wie. I sytuacja robi się gorsza, mimo, że czuję, że mój wychowawca nie byłby w stanie wydać mnie. Nie tym razem.


Rozwiązanie? Moje oczy błyskają nadzieją, która nagle wypełnia moje ciało, a ja przyciskam kiciusia delikatnie, ale mocniej do siebie. Druga część zdania troszkę mnie niepokoi, bo jednak rozwiązaniem wciąż może być schronisko czy oddanie go komuś, ale chyba w tej chwili nie mogę być samolubny. Jeśli Ivers zna rozwiązanie, dzięki któremu tej futrzanej kuleczce będzie dobrze, będzie bezpieczna i kochana, nawet, jeśli nie przy mnie... Trudno. Dobro zwierzątka jest najważniejsze...


- Słucham, sensei...


A po tych słowach, czekam z napięciu, gryząc wnętrze policzków.

Powrót do góry Go down
Gość

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   Wto Lis 10, 2015 4:09 pm

Czuję dziwne spięcie, kiedy widzę jak moje słowa częściowo rujnują ciepłą i spokojną aurę bezpieczeństwa, w której się na moment zatopił. Oblizuję spierzchnięte wargi i nachylam się nieco bardziej w jego stronę, chcąc spojrzeć mu w oczy. Zdaję sobie sprawę, że do tej pory nie mieliśmy o sobie ani dobrego zdania, ani nawet żadnych przyjemnych doświadczeń. Doskonale wiem, ze jeszcze do dzisiejszego wieczora moje uczucia wobec niego graniczyły z chłodną, obojętną nienawiścią, a on nie chciał mieć ze mną nic wspólnego, ale w tej chwili chcę zaoferować mu pomoc, chcę go uspokoić, chcę, żeby mi zaufał. Wiem, że jestem w stanie to wyczuć, czy on mi ufa, czy może chce się wycofać, dlatego uważnie na niego patrzę, pojedynczym spojrzeniem ogarniając całą jego buzię, jego ramiona, ściskające kurczowo kota.

Moje spojrzenie jeszcze nic nie zdradza, chociaż widać w nim pewną różnicę. Nie jest stalowe i bezlitosne, nie przypomina spojrzenia jakim przywykłem obdarzać jego sylwetkę, kiedy z wyraźną niechęcią kładł twarz na splecionych ramionach, ułożonych na ławce w czasie mojej lekcji. Nie ma w tym spojrzeniu tego zwyczajowego zmęczenia, które od samego początku się dla mnie z nim wiąże. Jest natomiast troska. Dużo silnej, dojrzałej czułości, dużo spokoju... Kiedy go obserwuję, czuję, ze to całkiem naturalne tak się nim teraz martwić, że to całkiem naturalne czuć teraz jego stres, jego strach, czuć potrzebę uspokojenia go za wszelką cenę, chociaż, prawdę mówiąc, nigdy nie byłem w tym najlepszy — zawsze niezdarny i niezręczny w słowach otuchy, w których brakowało szczerości i zastanowienia, brakowało tego, co akurat było potrzebne. Dlatego chwilę waham się, zanim zabieram głos, mając wrażenie, że to co mi wydaje się idealnym, a co ważniejsze, jedynym rozwiązaniem, jego może potwornie zranić i wystraszyć.

Myślę, że to jedyne wyjście — zaczynam ostrożnie, po cichu, zaciskając mocniej zaplecione na blacie dłonie. — Mogę wziąć Twojego kota do swojego mieszkania... Będziesz mógł przychodzić do niego kiedy chcesz, karmić go, zabierać na dwór, bawić się z nim, czy cokolwiek przyjdzie Ci do głowy... Po prostu uważam, ze tak będzie najbezpieczniej, zarówno dla Ciebie, jak i dla kota — kończę dość szybko, żeby nie trzymać go w niepewności, chociaż sam czuję nieokreśloną niewygodę i niecierpliwie czekam na jego reakcję, chociaż wyobrażam sobie, jaka może być.

To dziwne z mojej strony, wiem. Dzisiaj znalazł tego kota, dzisiaj przez niego wpadł w tarapaty, dzisiaj po raz pierwszy spojrzałem na niego jak na osobę, a nie problem, z którym muszę sobie poradzić, a jednak jestem gotów zrobić to dla niego i nawet nie muszę zbyt mocno się o to ze sobą spierać. Nie widzę w tym problemu, co mnie samego zadziwia. A jednak, po raz kolejny, pomaganie mu staje się tak kompletnie naturalne.

Powrót do góry Go down
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]   

Powrót do góry Go down
 
Początek roku szkolnego 2015 [ Zachariah&Wolfgang ]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3
 Similar topics
-
» Początki relacji Natalie - Blight [rysunek i malarstwo]
» Czyżby początek III Wojny Światowej?
» wiosenny plebiscyt 2015
» ..."(6) Kto przelewa krew człowieka, tego krew przez człowieka będzie przelana, bo na obraz Boży uczynił człowieka."
» Fajne filmy :)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Unbottled :: Offtop :: Archiwum :: Inne-